Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Jak się nie upić w Krakowie - osobliwy przegląd lokali

Jak się nie upić w Krakowie - osobliwy przegląd lokali



Koniec weekendu, zwiastun kolejnego tygodnia, serii niewyspania, nowych nagłówków w gazetach, trzech kaw dziennie, niewyregulowanych - przez brak czasu - brwi. Niedziela. W świecie ogarniętym politycznym chaosem, kiedy ludzie w niektórych miejscach globu tracą dach na głową wraz ze wszelką nadzieją, czas zadać swojemu towarzyszowi sakramentalne pytanie:


- Chodźmy na piwo.
- To nie jest pytanie - 
poprawia mnie siostra.
- Wiem.



Rynek: dresy i Wierzynek


Nocne niebo na dobre pożegnało Słońce, życząc mu dobrej zabawy na drugiej półkuli ziemi. Mętne powietrze przepełnione metalami ciężkimi wypełniło moje płuca. To oznacza tylko jedno - jestem w domu.

Miejsce destynacji wybieramy dosyć oczywiste - okolice Rynku Głównego. Bo blisko, bo "przecież tam jest tyle knajp", bo o 18:00 jest urządzane pożegnanie piosenką Leonarda Cohena. W dowodzie obydwie mamy po dwadzieścia parę lat. W głębi duszy jednak, jesteśmy dwiema emerytkami, które cieszą takie rzeczy. Nie, nie wstydzimy się o tym mówić.

Na zdjęciach robionych ogórkiem, jaki Kraków jest, każdy widzi.


Zapach grzańca, golonki i drewnianych ozdób rozpościera się wokoło - nadszedł bowiem czas targu bożonarodzeniowego, zaczynającego się, jak zwykle niemal nazajutrz po Wszystkich Świętych. Na scenę ustawioną na płycie Rynku, wychodzi grupa ludzi, mogąca robić za nieco odschoolowych już kolędników. Śpiewają po polsku Halelujah. Po minach tłumów wiem jedno - gawiedź cieszy się jak na wieczór z Agatą Młynarską w Sylwestra 1998/1999.




Jestem świadkiem szoł podobnego do poruszenia, gdy typowy Seba pod trzepakiem rozpala drogi secik petard. Czekam na okrzyk "I teraz wszyscy razem!". Pomyślałam sobie, że ci, którzy lubią Hallelujah, to ci sami, których ulubioną piosenką Davida Bowie - i jedyną znaną - jest Let's dance. Przeżegnałam się nogą, idziemy dalej.




Założyłyśmy sobie, że wejdziemy do miejsca, w którym jeszcze nie byłyśmy - ale założyłyśmy to nieortodoksyjnie. Konieczny wymóg do spełnienia jaki przyjęłyśmy, to "żeby było ciemno", "żeby się dało rozmawiać" i "żeby było bardzo nastrojowo". Cała Floriańska wyeksplorowana. Pauza - za głośno. Święta Krowa - pełna. Viva La Pinta - pełna. Jama Michalika - czy chcemy siedzieć w jednym pomieszczeniu z prawdziwymi fanami Leonarda Cohena? 

- Hej, dziewczyny! - podchodzi do nas chłopak z ulotkami - Zapraszam was do Afery, z tą ulotką piwko za dwa złote!

Zatrzymuje się, a wzrok mi mętnieje. Co można sprzedawać w knajpie za dwa złote?
Odrobinę płynu do spryskiwaczy?  Łzy nienarodzonych dzieci? Rozcieńczonego VIPa z Biedronki? Nawet woda tyle nie kosztuje. Nie pytamy. Nie odpowiadamy. Idziemy dalej.





Żeby była jasność - nie pasuje nam także piwo powyżej dziesięciu złotych. Chcemy z gracją utrzymać się w granicach klasy średniej, z zasadami, w których mieści się to, że nie pija się piwa za dwa złote, okey?

Kompleks kilku knajp na ul. Dolnych Młynów - za daleko od Rynku dla leniuszków


Do Jazz Rocka nie wchodzimy na trzeźwo. Do Carpe Diem nie wchodzimy od 2009 roku. Do Pijalni Wódki i Piwa nie wchodzimy z szacunku do siebie (ja czasem tracę szacunek do siebie, gdy mam ochotę na ich tatara - przyp.red.). Manekin pełny, House of Beer pełne. W Irish Pubie idzie jakiś mecz, co również go dyskwalifikuje. Do Camelota nie wchodzimy, choć sama nie wiem czemu. Przechodzimy Sławkowską, Plac Szczepański, zawracamy i kierujemy się w stronę Brackiej. Nowa Prowincja - zbyt oczywisty wybór. Spokój? Tam się przesiedziało pół życia. 

Pierwszy Lokal Na Stolarskiej Po Lewej Stronie Idąc Od Małego Rynku (zajebista nazwa, nie?) pełny czyli zupełnie nie tak, jak mój portfel. Game Pub - nie dzisiaj. Ambasada Śledzia - to dalej pewien rodzaj Pijalni. Ochroniarz, tym razem spod prawdziwej ambasady - Stanów Zjednoczonych, przygląda nam się uważnie, zapewne dlatego, że wyglądamy jakby nas Bóg opuścił. 

Kącikowe archiwum zdjęć. Ulica św. Tomasza. Albo Marka. Nigdy nie wiem.


No to czas na Grodzką - otwarte są jedynie kebabownie oraz Dziórawy Kocioł (tak jest, z błędem ortograficznym) - knajpa w klimacie Harry'ego Pottera, w której nie sprzedają alkoholu (oprócz rozgrzewającego naparu z gołębia i rozczarowania). Gdy ich promotor macha do nas w powłóczystej szacie Gryffindoru, utrzymujemy, że jesteśmy Mugolami. 

Skręcamy w Trynitarską. A tam dwie knajpy po brzegi wypełnione Angolami. 

- Oy mate, hows ye doin?! - krzyczy jeden z nich do grupki kolejnych dwudziestu, którzy idą za nami. Jest głośno jak na Stadionie Narodowym podczas Ligi Mistrzów.


Beer House - miejsce w którym muzyka zagłusza zapachy. Jakby na przekór swojej nazwie, nie serwują piw craftowych. Ale mają zajebistego burgera z kurczakiem. Jedna porcja nadaje się na dwie osoby.


Kanonicza. Ulica, gdzie mieści się Uniwersytet Papieski, dom Jana Długosza (który tak naprawdę tam nie mieszkał, ale mniejsza z tym) i gdzie przyciąga nas operowa pieśń kobiety zbierającej drobne do futerału. Mam wrażenie, że oto jesteśmy blisko, że cel prawie osiągnięty. Decydujemy się zajrzeć do kilku restauracji jakie tam są, ale w wystawionych na zewnątrz kartach, zanim dochodzimy do alkoholu, uderza nas antrykot z batatami, podany z pianą z węgorza i czipsem z topinamburu, za jedyne 87 złotych.

W ten oto sposób jesteśmy pod Wawelem. Idziemy w stronę Kompanii Kuflowej. Koło nas przechodzi dwóch łysych dżentelmenów, posiadających na swym ramieniu biało-czerwoną opaskę. Jeden z nich bezceremonialne odchrząkuje flegmę kilka milimetrów przed moim butem, po czym zadowoleni popierdalają dalej. Mijając ostatnie kamienice przed Plantami, zauważam na jednej z nich wielki napis "ANTY JUDE".

- To co, idziemy na Kazimierz?



Nie odmawiam pacierza i Kazimierza


Dopowiadając w duchu, że "to się przecież zawsze tak kończy", kilkanaście minut później skręcamy z ulicy Krakowskiej w Miodową. Here we go again. Na Bożego Ciała pustki i pozamykane miejsca (?). W zasadzie oprócz jakiejś pizzerii i krainy martwych zwierząt pod tytułem Rzeźnia, nie zauważamy nic interesującego. Na chwilę przystajemy przy Rabarbarze, dawnym Semper Felix - ale na dantejskie sceny i przygody godne Piratów z Karaibów na dalekiej Tortudze nie mamy dziś ochoty. Jesteśmy skazane na dalszą drogę.





Mleczarnia byłaby idealna, gdyby nie to, że wszyscy w obrębie kilku kilometrów pomyśleli, że pójdą właśnie tam. Plac Nowy, w tym Plac Nowy 1 wydaje się być dobrym wyborem, po uprzednim napadnięciu na pobliską placówkę banku. Znów Pijalnie i Komisariat - czyli Pijalnia 2. Taawa nie spełnia naszych warunków. Moment również. Mehanoff nie zachęca. Miejsce też nie. W Warsztacie kilku moich znajomych zatruło się owocami morza (morze jest płynem, tak samo jak piwo, więc lepiej uważać!). Odbijamy na Józefa i pada długo oczekiwane: to może Kawa i Papierosy. Jednak miejscówka nawiązująca do twórczości Jima Jarmuscha z jakiegoś powodu jest zamknięta. Eszeweria pełna. Esze już nie istnieje. Strefa Piwa jest za jasna. Kolanko no. 6 zbyt często odwiedzane. Jakiś czeski bar naprzeciwko nie dość że pełny, to za jasny. 


- Zgłodniałam - pojawia się naturalna kolej rzeczy i przerywa wędrówkę.


źródło: streetfoodpolska.pl

Frytki belgijskie na Wawrzyńca, to szybki i dobry sposób, by oddalić się o miliony lat świetlnych od pośladków Mel B. Nieważne. Sos mango-curry jest zbyt tłusty. Bakłażanowo-rozmarynowy mojej siostry jest lepszy, więc go podjadam. Lądujemy koło synagogi na Szerokiej i nagle zauważam coś, co wydaje się być światełkiem w tunelu.


Tylko, że było ciemno.

Jemy frytki w pośpiechu, aby już za chwilę, już za momencik, usiąść w najpiękniejszej knajpce tego wieczoru. Nie zapłacili mi, żebym to napisała, ona po prostu bardzo mi się spodobała.




Zdjęcia pochodzą z portalu Kraków 4 Fun
Zdjęcie pochodzi z oficjalnego fanpage'a restauracji KLIK


Dawno temu na Kazimierzu - bo tak nazywa się to miejsce, przenosi w czasie. I trzeba zaznaczyć, że wygląda to lepiej na żywo niż na zdjęciach. Lokal nie pasuje do tego wszystkiego co nas otacza, a przez to znajduje nasze zainteresowanie. Z zewnątrz zaaranżowany jest w sposób, nawiązujący do dawnych mieszkańców Kazimierza i usług jakie świadczyli. W środku spotkamy się ze starodawnym klimatem z odrobiną nonszalancji. Idealnie. Zachęcają nas także informacje o koncertach żydowskiej muzyki na żywo. Jest tłok, ale widzimy wolne stoliki. Udajemy się w ich stronę, gdy nagle, pośród blasku świec, wyłania się kelnerka.

- Dzień dobry, mają Panie rezerwacje?



* * *



Zrezygnowane, zmęczone i wciąż niezaspokojone wracamy na Plac Nowy. Zakładamy, że wkrótce wrócimy do Dawno temu..., tymczasem jednak trzeba się na coś zdecydować.

- Chodźmy do domu - moja prośba odbija się echem, gdy potykam się o krawężnik.
- Dziwnie wymawiasz słowo "Alchemia".


źródło: cracowlife.pl

Alchemia, zawsze przypomina mi Arkę Noego - masz wrażenie, że wszyscy zmieścili się na pokład, ale ty jesteś jakimś Tyranozaurem Rex i niestety nie ma już dla ciebie miejsca. 

Nie mamy jednak nic do stracenia. Wchodzimy do środka.

Padają trzy krótkie spojrzenia:
na wolny stolik,
na moją siostrę
i na bar.

Włączam slowmotion.

Na wolnym stoliku ląduje rzucona z odległości 20 metrów torebka i kurtka. Na mojej siostrze spoczywa obowiązek dobiegnięcia tam, sprawnie eliminując po drodze przeciwników potencjalnie mogących ten stolik zająć i pozbierania z ziemi wszystkich moich rzeczy, które postanowiły desantować się z torebki podczas lotu. A ja - ja idę do baru. Resztkami sił przyklejam się do krzesła barowego, przesuwam wszystko i wszystkich, by następnie rozhisteryzowanym głosem zapytać:

- Macie sprawne kegi?!!?!
- Yyy... No jasne...
- Nie będziecie głośno puszczać Lady Gagi, tak, żeby się nie dało rozmawiać?!?!
- Nie bardzo rozumiem...
- NIE ZAMYKACIE ZA PÓŁ GODZINY?!?!??!
- Nie...
- Ok, dwa zimne Lechy, proszę.


W głośnikach muzyka z Młodego Papieża.
Mój trud skończoń.




Ocieplanie wizerunku Polski - Gdańsk i okolice [XXX PHOTOS]

Ocieplanie wizerunku Polski - Gdańsk i okolice [XXX PHOTOS]

Mam dosyć polityki. Zapraszam na spacer. Do miejsca gdzie chce spłodzić drzewo, zasadzić syna, mieć stadko szczęśliwych meduz i rybę z frytkami.







Niestety meduzy nie miauczą 


Jeśli miałabym wskazać moje miejsce na Ziemi, to z pewnością na chwilę obecną byłby to Gdańsk. Od kiedy się tam pierwszy raz pojawiłam czułam z tym miastem jedyną w swoim rodzaju więź. Nie jakbym przyjechała "na wakacje" tylko jakbym wróciła do dawno zapomnianego domu. Od tego czasu wiedziałam, że kiedyś tu wrócę z walizką, planami i marzeniami. Z początku wolałam Gdynię, ale przebywając dłużej w jednej i drugiej miejscowości, dziś już wiem, że to w Gdańsku warto wykupić semestralny bilet na komunikację miejską.

Zdaje sobie sprawę, że jednak dla sporej części z Was to miejsce funkcjonuje w świadomości dosyć abstrakcyjnie - no bo jak można mieszkać nad morzem? Nad morzem przecież nic nie ma oprócz Lecha Wałęsy i smażalni ryb przy plaży czynnej w okresie czerwiec-sierpień.


Przepraszam, którędy na rynek?


Wystarczy wsiąść, na przykład, w pociąg i udać się do Poznania, Wrocławia czy Krakowa. W Gdańsku nie ma rynku! Jest Długi Targ. Żeby jednak do niego dotrzeć, trzeba do Gdańska dojechać. W zależności od miejsca pobytu w Polsce sposób podróży do Trójmiasta będzie zróżnicowany. Jeśli w Waszej miejscowości jest lotnisko, najlepiej polować na promocje samolotowe (które pozwolą udać się na weekendowy wypad nad morze nawet za jedyne 39 zł W OBIE STRONY!), Pendolino (które nabije na waszych wgranych licznikach prędkości na Snapie prędkości powyżej 200km/h) no i oczywiście Polski Bus (który pozwoli podróżować przez cały rok w tamte strony za nawet paręnaście złotych w luksusowych warunkach z prądem, wi-fi i kiblem z mydełkiem). Zapomnijcie o TLK - drożyzna i śmierdzizna, pomijając kosmicznie długi czas podróży. Ostatnio jechałam TLK do Gdyni z Krakowa nocą i przez całą noc dwoje ludzi jadło kanapki z kiełbasą w dusznym przedziale. Od tamtej pory nic nie jest takie same. 

Budynek dworca PKP w Gdańsku, to z pewnością na pewno jeden z najładniejszych dworców w Polsce (z zewnątrz). Gdyby przyczepić na jego czubku krzyż, pomyśleć by, że mamy do czynienia z neogotyckim kościołem w klimatycznym Paryżu. 

Te cholerne drzewa zasłaniają! Dobrze, że to nie brzozy!

Praktycznie prosta i szybka droga prowadzi nas na Stare Miasto. Wąskie, kolorowe kamieniczki w stylu germańskim cieszą oko różnorodnością i spójnością w jednym. Architektoniczne detale zostały tu dopracowane do perfekcji. A tych kamieniczek są setki!








Idąc na wspominany wcześniej Długi Targ mijamy dziesiątki nastrojowych knajpek i sklepów. Wszystkie szyldy są stonowane i dostosowane do wyglądu miasta. Nawet Żabka ma mosiężny szyld w kolorze złotym. 


Zajebisty jest ten budynek

W końcu spotykamy starego dobrego znajomego - Neptuna. To prawdopodobnie jedno z nielicznych polskich miast, w którym stoi pomnik innego boga niż ten katolicki. Machamy mu i idziemy dalej - nad Motławę.

Proszę nie zwracać uwagi na malowniczy dźwig




Widzisz wodę i myślisz: czy to morze? Nie, to Motława, rzeka. Zasadniczym minusem Gdańska jest to, że od umownego centrum miasta jest daleko do morza - kilkanaście kilometrów. Wypijmy tu jednak piwko. To co widzisz, to pozostałości po starych magazynach - spichrzach. Części z nich mieści się na tak zwanej Wyspie Spichrzów. Tam przechowywano ziarna i takie tam nudne rzeczy. Bo Gdańsk, to było miasto głownie handlu. Transport morski i te sprawy. O, popatrz, diabelski młyn!




Góra Gradowa, uciecha portowa


Piwko wypite, to chodźcie z powrotem na dworzec, bo będziemy jechać dalej. Jeszcze tylko pokażę wam widok na całe miasto. Tuż obok dworca mieści się stary fort Góra Gradowa. Obecnie pełni funkcję muzeum i miejsca, w którym można palić blanty bez przypału. Stąd możemy zobaczyć Gdańsk z każdej strony, Stocznię, biurowce, a nawet Wielki Mur Chiński i Tatry. 



Jest stocznia? Jest.


Na dole jednak czeka nas Szybka Kolej Miejska zwana potocznie eSKaeMką. Ten najlepszy wynalazek od czasów koła, zabierze nas w błyskawiczny sposób po całym Trójmieście, a nawet dalej - od Wejherowa, aż po Kartuzy.. Zabierze nas wszędzie oprócz... Plaży. Żeby dostać się na jakąkolwiek plażę w Gdańsku, trzeba z SKM przesiąść się do autobusu lub tramwaju. 

Wnętrze SKM
Wnętrze SKM 2

Zasadniczo w Gdańsku są trzy główne plaże: Stogi, Brzeźno i Jelitkowo (ta ostatnia nazwa została wymyślona przez Tajne Stowarzyszenie Ludzi z Nadwrażliwością Jelita Grubego). Legenda głosi, że jest też gdzieś plaża nudystów, ale ja się boję dużych zwierząt morskich. Przy Stogach, plaża jest bardzo szeroko, a nieopodal jest Nowy Port, gdzie mieści się latarnia morska, Westerplatte i parking ogromnych promów. Przy Brzeźnie jest dużo pijaczków, automatów do gry w cymbergaja i miejsc gdzie można zjeść śniadanie za wygórowane ceny. A Jelitkowo - to mój prywatny faworyt: dużo zieleni, miejsc gdzie można uprawiać s.. sport i długo spacerować. 

Kosze na śmieci na plaży to bardzo ważna sprawa

Cisza przed sztormem

Ci dwoje przyszli o 9 rano na piwo na plażę. Ach, tak żyć...



Może nie tylko morze


Jak wiadomo nie samą wodą człowiek żyje. Jedna z dzielnic Gdańskich oferuje coś na kształt znanego mi krakowskiego Kazimierza. Ulica Wajdeloty na Wrzeszczu, to nowa nastrojowa hipsternia, której metamorfozę możecie zobaczyć TUTAJ. Gdyby hipsterni było za mało zapraszam do miejsca, które się zwie Stary Meneż (+ KLIK). Jest to przestrzeń miejska z różnymi fajnymi lokalami na wydarzenia, imprezy i koncerty. Dla Krakowian mogę porównać to miejsce do słynnych ostatnio Dolnych Młynów.

Stary Meneż 1
Stary Meneż 2
Stary Meneż 3. Wiem. Dużo widać.


Na pewno, przynajmniej część z Was, kojarzy Park w Oliwie. To wyrwany Alicji z Krainy Czarów obiekt z kilkunastometrowymi żywopłotami. Park jest utrzymany częściowo w stylu ogrodu francuskiego, a częściowo angielskiego. Na miejscu znajdziemy też dworek, muzeum, galerię i elegancką restaurację. Gdyby jednak odechciało nam się przesadnego splendoru - spokojnie, niedaleko jest McDonald's. 

Uuuuu...

Aaaaa....



Jakby ktoś się pytał gdzie jest Buka, to jest tutaj

...a Grand Budapest Hotel tutaj


Wolne Miasto


O korzeniach powstania tego określenia w stosunku do Gdańska poczytacie na Wikipedii. Niemniej poza kontekstem historycznym, to miasto nosi tą nazwę także za mentalność tubylców. Sporo tu ludzi otwartych, optymistycznych, światowych, szeroko rozumianych indywidualistów. Po ulicach kręci się bardzo dużo ludzi z kolorowymi włosami, tatuażami, kolczykami. I choć być może taki wizerunek się z tym nie kojarzy - to także nowa kolebka biznesu w Polsce. Powstaje tu ogromna ilość startupów. A bezrobocie tutaj galopująco spada z roku na rok. 

Knajpa przy kamienicy, w której mieszkał Schopenhauer


W Gdańsku jest sporo galerii handlowych i sklepów. Jednak warto zauważyć, że zamykają się one szybciej niż na południu kraju - często już nawet o 17, 18. To może być utrudnienie, ale zawsze znajdzie się jakiś otwarty sklep. Nie ma tu prawie wcale sklepów nocnych - to dość ciekawe zjawisko dla mnie, Krakusa, który za każdym zakrętem ma słynną "Planetę". Mimo tego, że jest tutaj dużo studentów, życie nocne zazwyczaj nie trwa do świtu - kluby czy puby są zamykane w okolicy północy, a w tygodniu wczesnym wieczorem. Ale jakbyście mieli pod ręką morze, to byście nie chcieli siedzieć w robocie długo, nie? No i pamiętajcie: "wolne" miasto. Tu się żyje dużo wolniej!


Sobota Sopota


Czas do Sopotu! Sopot ma swoich fanów, lecz przyznam szczerze, że to nie moja bajka. Jeśli jednak ktoś lubi Zakopane, to pokocha Sopot. Dziwne porównanie? Moim zdaniem zakopiańskie Krupówki niewiele różnią się od sopockiego Monciaka czyli jego najsłynniejszej ulicy. Nazwano pieszczotliwie w ten sposób ulicę Bohaterów Monte Cassino - to bowiem zlepek zbyt drogich restauracji i klubów. Wszystkie lanserskie i z płatnym wstępem. Nawet Nergal ma tutaj swoją knajpę czyli Libation. 
Sopot w zbiorowej świadomości, to ogólnie weekendowa imprezownia. Po za tym jest jeszcze molo, na które jest płatny wstęp albo akurat jest po sztormie i trzeba je naprawiać. W pobliżu słynny Grand Hotel i dużo Sebixów. Syrenki są zachwycone.
Nie mam nowych zdjęć z Sopotu bo tam raczej nie bywam. Dodaję bardzo stare.


Piździ jak w Kieleckiem, 1962'


Nowa Huta Trójmiasta


Na Helu (o którym zaraz) spotkałam Pana, który nazwał Gdynię Nową Hutą Trójmiasta. W jakimś sensie trudno odmówić mu racji. Tylko, że Gdynia jest fajna, a Nowa Huta nie (ŻARTUJE, PROSZĘ NIE ZABIJAĆ!).

Młode miasto zatopione w biurowcach i niskich blokach, zwieńczone monumentalnymi Sea Towers  - najdroższymi apartamentami w okolicy, gdzie wynajem na jedną noc przekracza koszt 1000 zł. Oczywiście można tam też kupić mieszkanie na stałe i wieść szalone życie bogatego pirata. 

Sea Towers na horyzoncie, o świcie


W Gdyni jest piękny port. Uwielbiam go. No zobaczcie.

Trochę mało statków, bo nie podchodziłam bliżej - tu był lepszy kadr #yolo



Koniec Polski, początek raju


Wprawdzie trudno nazwać go "okolicą Gdańska", ale komunikacja w to miejsce odbywa się bardzo sprawnie. Parędziesiąt minut wodolotem albo statkiem lub około godziny jazdy pociągiem z Gdyni. Omówmy Hel poza sezonem wakacyjnym. Wtedy to panie w kusych strojach rozdają pozostałości lodów z maszyn do robienia lodów. To wtedy właściciele knajp częstują darmowym piwem i żurkiem. Puste ogromne plaże są tylko dla nas. Bunkry czekają, aż je dokładnie zwiedzimy. Na promenadzie wódka smakuje szczęściem. A foki po raz pierwszy po sezonie przemawiają ludzkim głosem, A może to ta wódka? Cholera...



Cypel. Najdalej wysunięty punkt kraju. I mewy.

Costa del Hel

Fragment helskiej promenady

Zamiast "Muzeum bursztynków, muszelek i pizdeczek" wolałam trochę inny bunkier do zwiedzania.

Także ten...

Czy wspominałam o wschodach słońca? Jak na razie jedyny sensowny powód dla mnie, żeby wstać przed szóstą rano, to udanie się na obserwację tego zjawiska. Najdalej wysunięty element Polski oferuje przepiękne wschody i zachody słońca.




Wiecie jak się najfajniej ogląda wschód słońca? W piżamie. W Pusheeny. 




Bonus! Znaleziony na plaży but z najnowszej kolekcji Valentino

Jeśli zastanawiacie się nad weekendowym wypadem gdziekolwiek, żeby nie oszaleć - polecam Trójmiasto. Jeśli zastanawiacie się gdzie zabukować przyszły weekend majowy czy wakacje, a cały czas bardziej boicie się zagranicznych terrorystów niż tych, których mamy obecnie w rządzie - polecam Trójmiasto. Jeśli zastanawiacie się czy nie rzucić tego wszystkiego i nie pojechać w Bieszczady - polecam Trójmiasto.


Wszystkie zdjęcia w tekście są mojego autorstwa. Robione Nokią 3310.

Copyright © 2014 szer za szer , Blogger