Gdy Agnieszka poprosiła o rady w sprawie plastyki pochwy, oznaczając w statusie (o publicznej widoczności) koleżankę po takowym zabiegu - rozpętało się piekło, którego nie powstydziłby się sam Dante.
Agnieszka jest lekko po czterdziestce. Wiem, bo ustawiła publiczną widoczność swojej daty urodzenia na Facebooku. Nie mam jej w znajomych, nie znam jej. Nie mam w znajomych także osoby, która dostała od chirurgów nową wedżajnę. Ale w znajomych mam swoją koleżankę, która z kolei wzięła udział w sporze o pochwę, dzięki czemu ową dyskusję zobaczyłam również ja. Co dokładnie zrobiła Agnieszka? Ano oznaczyła swoją koleżankę, która z różnych powodów poddała się wyższej wspominanemu zabiegowi. Zaczęło się delikatnie:
Aby później przejść do trzeciej wojny światowej na komentarze. Ściślej - na ponad 70 komentarzy, gdzie bluzgami rzucali znajomi Agnieszki, znajomi dziewczyny od plastyki pochwy i postronni znajomi-znajomych. Znajoma Agnieszki została wyśmiana. Agnieszka została wyśmiana. Padło kilka uwag na temat fanaberii, nieprawdziwych matek Polek, za słonych zup i nieświadomych mężów. Agnieszce nie przyszło do głowy, że fakt podzielenia się z nią intymnym faktem o zabiegu, nie był jednocześnie przyzwoleniem na opublikowanie tej informacji na widoczności publicznej z oznaczeniem samej zainteresowanej, dzięki czemu zobaczyli to:
jej mama
jej dzieci
jej współpracownicy
jej SZEF
sąsiadka, która jej nienawidzi
jej pies
wszyscy znajomi z podstawówki
przypadkowe osoby pełniące warte w internecie - takie jak ja
* * *
Facebook, to nieoceniona platforma do wyrażania niezbyt popularnych opinii. Przed Państwem działacz Pro-Life jednej z trójmiejskich społeczności. Imienia i nazwiska celowo nie zasłaniam - i tak ta wypowiedź była już wszędzie w internetach (w tym miejscu dyskusja nie jest prowadzona ze mną, tylko z jakąś inną Anią).
* * *
Nie chce być niemiła, czy nie chce pochopnie oceniać ludzi, ale jeśli Aldona nie ukrywa przed światem jakiejś druzgocącej tajemnicy (na przykład, że w nocy zmienia się w dominę BDSM), to raczej na pewno, w mojej ocenie, prowadzi niezmiernie monotonne życie. Pedantyczne podejście do czystości zabiera jej znaczną część dnia, a to, co pozostaje, wymienia na zapachy w kuchni. To tyle w ramach pasji i zainteresowań. W zasadzie nie ma w tym nic złego, naprawdę. Każdy musi mieć swój sposób na życie. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że Aldona co kilkanaście minut, maksymalnie godzin, melduje co robi, aby nadać swojemu życiu wirtualnego dynamizmu. Wychodzi do warzywniaka? Oznacza warzywniak na mapie i pisze "marcheweczki, marcheweczki!". Siedzi w kuchni i zmywa naczynia? Oznacza swoje mieszkanie (sic!) i dodaje coś w stylu "no nie, jeszcze patelnia!". Wyjeżdża raz w roku do siostry na święta do Warszawy? Bądźcie pewni, że zamelduje się w każdej knajpce, każdym Placu Zamkowym, każdych Łazienkach. Wszędzie.
* * *
Moja koleżanka wyszła za mąż siedem lata temu. Dwa lata temu urodziło jej się dziecko. Znajomi (w tym ja, mea culpa) namawiali ją na konto na Facebooku, mimo, że nigdy nie przepadała za social mediami. W końcu dała się namówić - stwierdziła, że od kiedy przeprowadziła się do Panamy, być może pozwoli on łatwiej utrzymywać jej kontakt ze znajomymi i rodziną w Polsce. Nie była zbyt aktywną użytkowniczką Facebooku. Logowała się raz na jakiś czas, czasem pogada na Messangerze, czasami coś polajkowała, ale przez kilku lat nie dodała żadnego "merytorycznego" posta, oprócz akcji Szlachetnej Paczki czy czegoś takiego. Ostatnio na jej tablicy napisał jakiś kolega z tekstem w klimacie:
Asiu, piękna Asiu, cho na kawę, jedną dwie, góra osiem!
Aśka odpisała, że jeśli jej mąż nie będzie miał nic przeciwko i jeśli będzie miała z kim zostawić małą, a przede wszystkim, jeśli będzie w kraju, to mogą napić się kawy. Gość odpisał coś w stylu:
hehe, dobre żarty :) :) :)
Asia niestrudzenie zaczęła tłumaczyć, że dawno się nie widzieli, a od tego czasu sporo się zmieniło w jej życiu.
To czemu masz cały czas panieńskie nazwisko? No i fotek ze ślubu nie ma? Dobra Asia, śmieszka z Ciebie, babcie wkręcaj, po prostu napisz, że nie masz ochoty, nara.
Z Asią często piszemy maile. Asia już nie ma konta na Facebooku.
* * *
Znajoma, z którą nie miałam zbyt żywego kontaktu, od dłuższego czasu, ciągle mnie o coś wypytywała w wiadomościach prywatnych. O związki, o zdrowie, o dzieci, o kosmetyki, o cokolwiek. Padały. Naprawdę. Szczegółowe. Pytania. Nie jestem telenowelą, więc odpowiadałam jej zdawkowo. Później odpowiadałam delikatnie, ale stanowczo, że nie chce odpowiadać na osobiste pytania. A później przestałam odpisywać wcale, gdy przyjęła ton "passive agressive".
* * *
Tomek miał urodziny. Tomek był hm... Zmęczony i poszedł spać. Przyjaciele Tomka narysowali mu męskie przyrodzenie na czole. Przyjaciele Tomka ustawili się koło niego na łóżku, zrobili głupie miny, następnie zdjęcie, by w końcu wrzucić zdjęcie na Facebooka. Oczywiście oznaczając go na fotografii.
* * *
Eliza Michalik, rozpoznawalna dziennikarka Superstacji, dostała telefon od jakiegoś uprzejmego pana, który groził jej, że ją odwiedzi z kolegami. Pani Eliza wrzuciła na Facebooka posta, informując o tym zdarzeniu swoich followersów. Ktoś poprosił o numer tego gościa. Pani Eliza go podała. Ktoś wpisał ten numer w wyszukiwarkę Facebooka.
Jegomość wpadł we własne sidła. Miał na swoim profilu wszystkie informacje, które można było przekazać policji.
* * *
Jest kilka powodów, dla których odinstalowałam Messangerze w telefonie. Jednym z nich jest na pewno taki, że mój stary rzęch nie ogarnia wyższej technologii. Jaki jest drugi powód?
* * *
Gdy po jakimś czasie ujawniłam się na profilu chłopaka, gdzieś tam zostawiając komentarz czy lajka, do znajomych zaprosiły mnie dwie jego koleżanki z pracy i jego była.
Nie, żadnej z nich nie znam. Zaproszeń nie zaakceptowałam. Ale w myśl zasady, że być może cierpię na pomroczność jasną zapytałam, każdą z nich, czy się znamy.
Żadna mi nie odpisała.
* * *
Czasami na światło dzienne wychodzą konflikty, które światła dziennego być może nie powinny ujrzeć.
* * *
Czasami wejdziesz do baru, ze znajomymi. I spotkasz stare towarzystwo. Grupę ludzi, którzy towarzyszyli ci przez kilka lat. Szczególnie jedna osoba z tego towarzystwa. Wasze drogi rozeszły się w niezbyt miłych okolicznościach. Ale jesteście dorośli i być może trochę wstawieni, więc chowacie stare urazy i animozje - finalnie oba towarzystwa przysuną krzesła do jednego stolika.
Ogólnie wieczór obfituje w owocne dyskusje i zapewnienia o kolejnym rychłym spotkaniu. Ale pewna osoba zachowuje się trochę dziwnie. Jest to niewiasta jednego towarzystwa. Prawi ci komplementy przez cały wieczór, zdecydowanie trochę przesadnie i sztucznie.
Gdyby Facebook nie istniał, ta noc skończyłaby się w miłym tonie. W domu, nad ranem, czeka na mnie wiadomość od wcześnie wspomnianej, dziwnie zachowującej się osoby.
* * *
A łańcuszki? Znacie łańcuszki?
* * *
Co się stanie, gdy przestaniesz publikować na Facebooku? Usuniesz wszystkie zdjęcia? Skasujesz konto? Zostawisz wszystko dla siebie? Przestaniesz otrzymywać obleśne wiadomości prywatne od obcych facetów? Nie będziesz mieć okazji do tego, aby zamanifestować swoje nieskończone szczęście i sukcesy?
Być może bardziej interesuje cię kwestia "jak" niż "czy". Ale spójrzmy prawdzie w oczy - wiesz jakie są dziunie, gdy się zaangażują. Domagają się przytulania, wspólnego oglądania filmów z Ryanem Goslingiem i chcą poznać twoją matkę. Aby oszczędzić sobie tych katuszy, dobrze przemyśl, czy chcesz zmierzyć się z zapięciem jej stanika.
Myślisz sobie, że zawsze możesz po wszystkim nie zadzwonić. Możesz. Myślisz sobie, że ona może nie będzie chcieć po wszystkim rozmawiać. Może. Ale gdy podejmujesz w życiu decyzje, zawsze warto postawić się w roli Morgana Freemana: co zrobiłby Morgan Freeman?
By zaoszczędzić sobie czasu i moralnych rozterek, zapytaj dziunie na kogo głosowała. A potem uwolnij Bydlaka. Albo i nie.
Myślałyście, moje drogie Panie, że się Wam upiecze? Nic z tego.
Razem
Nie wiem, jak bardzo lubisz farbowane na niebiesko włosy pod pachami, ale, mój miły koneserze, tutaj ci takich pod dostatkiem. Nasza bohaterka będzie cię namawiać, słodziutkim głosem, żebyś zapuścił "takie fajne wąsy i bródkę". Nie wiesz co jej z tym odwala, dopóki nie zajrzysz do jej szafy i nie ujrzysz ołtarzyka ze zdjęciem Lenina.W tej samej szafie ma również tarczę z rzutkami. W centrum tej tarczy, jest zdjęcie Ryszarda Petru i Janusza Korwin-Mikkego. Lubi silne i niezależne wibratory. Jeśli mimo wszystko odważysz się ją zdobywać, szepcz jej do ucha o podatku progresywnym.
.Nowoczesna
W sumie zajebista dupa, gdyby nie świadomość, że miał ją już prezes, wiceprezes, Senior Recruiter, UX Designer, twój kumpel z teamu i cieć od klimatyzacji. Gdy ją całujesz, prosi, żebyś jej nie rozmazał szminki. W sobotni wieczór zabierze cię na szoping i cynamonową latte w Starbuniu. Jako dowód twojej miłości, będzie wymagała założenia przez ciebie firmy. Ma piękne marzenia, buty i kaca co sobotę. Dużo czyta, głównie Cosmopolitan.
PSL
Przez te oczy zielone, zielone - oszalałeś. Nic nie porusza twardych męskich serduszek tak mocno, jak jej przykrótkie pikowane kurtki i wielobarwne hafy na tylnych kieszeniach dżinsów. Ale, jak to się mówi - nie ocenia się książki po okładce. Zawartość jest równie ciekawa. Miss Dożynek w Baranówce, zna na pamięć jeden wiersz Tuwima, kilka życiowych powiedzonek i teksty wszystkich piosenek disco-polo. Pytasz mnie jak lubi? Lubi na sianku i na zapleczu remizy podczas wesela jej kuzyna.
PO
Basic bitch. W zainteresowaniach, w CV, wpisuje: muzyka, moda, podróże, dobra kuchnia. Pytasz jaka muzyka? No, jak leci w radiu. Pytasz jaka moda? Wyprzedaż w Zarze. Pytasz gdzie by chciała pojechać? Gdzieś do ciepłych krajów. Pytasz w końcu co rozumie poprzez dobrą kuchnie? Odpowiada, że lubi pójść do restauracji. Wyznaje zasadę, że seks dopiero po trzeciej randce i to prawdopodobnie jedyna zasada, którą wyznaje. Nosi klasyczną bieliznę.
PiS
Jest taki fanpejdż na Facebooku "Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka". Ona założyła "Nie czytasz - idę z tobą do łóżka". Wie, że za dużo pytań, dociekliwości i informacji, to nie jest domena kobiet. Niewiasta przywiązana do tradycji - mężczyzna ma uwodzić, wyruchać, przypierdolić jak trzeba. Proste? Proste. To zachowawcza misjonarzoentuzjastka i światłozgaszenioentauzjastka. Ale jaki rosół robi, to głowa mała. Lepsze panie domu, znajdziecie tylko na tym najbliższym wschodzie:
Korwin / Wolność
Gdy media powtarzają, że JKM chce zabrać prawa wyborcze kobietom, wie, że to manipulacja, bo on tak naprawdę chce zabrać prawa wyborcze wszystkim. Spryciula taka, świadoma. Na wiecu poznasz ją po tym, że w przeciwieństwie do reszty partycypujących w wydarzeniu, nie rzuca jajkami czy też pomidorami. Zna swoje miejsce - lubi od tyłu. Niemniej, powiem ci, stary, tak. Mało jest kobiet, które głosują na tą frakcję, ale jeśli to robią, to raczej znają marzenia pana Janusza na pamięć. A Janusz często powtarza, że kobiety powinny siedzieć w domach i nie pracować. Przemyśl to.
SLD / Zjednoczona Lewica
Trudno w pierwszej chwili orzec, czy naprawdę ci się podoba, czy tylko przypomina twoją byłą. Lubi starszych, siwiejących facetów, więc... Każdy ma u niej szansę. Nawet wysokie i atrakcyjne blondynki, które na końcu okazują się sympatyzować z PiSem. Zgodzi się na wszystko: na anala, na BDSM, orgie, że Kościół jest zły, że Kościół jest dobry, a nawet, że komuna była spoko. Jej ulubiona liczba? 40%.
Kukiz'15
Przyjaźni się z tymi laskami od PiSu, tylko ona z kolei robi dobry żurek. Mają podobny zbiór zainteresowań i system za(wartości), z tą jednak różnicą, że pani popierająca partię Kukiz, lubi prawdziwych bad boyów, najlepiej muzyków. Jak jesteś z Kielc masz dodatkowy punkt. Jest słodka - czerwieni się na myśl o grzechu pierworodnym. Wie, powtarzając za Mistrzem Pawłem, że trzeba zdawać sobie sprawę, komu się dawało ciało, kiedy się dawało i jak się dawało, żeby się nie rozleciało. Chcesz ją uwieść? Zanuć jej zmysłowo Scoobie-Doo-ya! Scooby-Doobie-doo-ya!
Nie chodzi na wybory
...bo przecież mężczyźni sami zadecydują najlepiej! Wie, że jak się partycypuje w programie lojalnościowym członka jednego z jej kolegów, to nie ma znaczenia, przy którym nazwisku postawiła "x".
Stoję w kolejce do automatu, aby zakupić jeden normalny. Czasami chciałabym, aby ten przymiotnik, określający rodzaj zakupywanego biletu, oprócz bezmandatowego przejazdu autobusem, gwarantował w swojej cenie także spokój i zwykłą ludzką przyzwoitość.
Środki komunikacji publicznej od zawsze dostarczają mi wielu inspiracji. Było tak i tym razem. Tłok. Masa studentów, wracających z domu, dzierżących napełnione jedzeniem słoiki i wierni, wypełnieni z kolei bożym duchem, po niedzielnej ewangelii.
Pracę silnika i stłumione rozmowy przerywa:
- Dalej będziecie tak stać jak kołki czy może się ruszycie?! Ja tu stoję z wózkiem!
Ciśnienie wzrosło mi jednak nieznacznie - zdaję sobie sprawę, że niski poziom tlenu w pojeździe może działać niekorzystnie na pracę szarych komórek czy też kulturę osobistą, dlatego nie zważając na emocjonalną odzywkę, tworzę wraz z innymi pasażerami sardynki w sosie własnym, aby niewiasta mogła zmieścić wózek w miejscu do tego przeznaczonym.
Jednak to nie wszystko.
Gdy pasażerowie wrócili do swoich czynności, takich jak rozmowy i śledzenie social mediów w smartfonach, niewiasta postanawia zwrócić na siebie uwagę po raz kolejny.
- Dalej będziecie gapić się w te wasze telefoniki? Może by tak podnieść tyłek i ustąpić matce z dzieckiem miejsca? No już, już!
I pstryknęła kilka razy palcami.
Odwracam się, aby przyjrzeć się temu, co się wyczynia. Wózek stoi tam gdzie stał. Matka, dzierżąc dziecko w swych ramionach, patrzy na bogu ducha winnych dziewczynę i chłopaka, którym zapewne, nawet nie przyszło do głowy, że chciałaby usiąść, skoro chwilę wcześniej prosiła o miejsce na wózek.
- Nawet nie zauważyłem... - zaczyna nieśmiało chłopak, ale po chwili oboje posłusznie ustępują miejsca.
W tym momencie nie wytrzymuje i wkraczam do akcji.
- Wiecie co? Na waszym miejscu bym nie wstawała. To, jak ta pani się odzywa do ludzi jest absolutnie karygodne.
Mamuśce twarz zmieniła kolor, odgarnęła niesforne kosmyki z twarzy, po czym wypluła:
- Ja o takie rzeczy jak ustępowanie miejsca nie powinnam w ogóle prosić! JA JESTEM Z DZIECKIEM! To powinno być tak, że od razu podnoszą tyłek!!! Jak będziesz mieć swoje dziecko, to zobaczymy czy też będziesz taka mądra!!!!
- Po pierwsze nie jesteśmy koleżankami, żebyś mi mówiła na ty. Po drugie trzeba było zwyczajnie zapytać: przepraszam czy ustąpicie mi miejsca? Ale jak rozumiem dziecko, to automatyczne przyzwolenie na utratę rozumu, tak?
Ktoś się zaśmiał, ktoś się do mnie uśmiechnął. Dzisiaj już nie potrzebuje kawy. Mamuśka jednak szuka poparcia w kim się da.
- Słyszeliście, ludzie? - rzuca, rozglądając się po autobusie - ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego oni się śmieją! Pani rozumie?
Pyta starszą Panią, która stoi nieopodal. Mówi, że ona też nie rozumie, ale patrząc na nią, mam wrażenie, że nie rozumie, bo łyknęła za dużo tabletek na sen i ją trochę przydżumiło. Matka jednak, znalazłszy swojego prawdziwego lub fikcyjnego poplecznika, zalewa ją opowieściami o tym jak młodzi ludzie są niewychowani, że jak była w ciąży, to było to samo. Młodzi ludzie brzmi wyjątkowo komicznie w jej wykonaniu - sama ma może 20 lat.
Pojazd zatrzymał się przy moim przystanku. Wysiadając, spoglądam na bohaterkę dzisiejszej podróży, chcąc przyjrzeć się jej uważniej. Posyła mi bitchy face, ściskając malucha na kolanach. Bardzo młoda, czarne włosy, kolczyk w nosie.
Jak widać, nie tylko kolczyk.
* * *
Droga kobieto z dzieckiem w autobusie... Zazwyczaj jestem oazą zrozumienia - każdy może mieć gorszy dzień, miesiąc czy życie, jak mawiał poeta. Są jednak sytuacje, w których tego zrozumienia zaczyna mi brakować. Nie można - po prostu, kurwa, nie można - wymagać szacunku w stosunku do siebie, jeśli nie ma się szacunku do innych. Nie ważne czy masz dziecko, psa, niezapłacone rachunki, faceta, który już nie chce cię ruchać. Nie obchodzi mnie to. Nie obchodzi mnie czy wpadłaś na imprezie i swoim autobusowym zachowaniem próbujesz nadać tej wiekopomnej chwili sens. Nie obchodzi mnie również czy to dziecko, to owoc wielkiej miłości.
Obchodzi mnie tylko to, jakich słów użyłaś, aby zwrócić na siebie uwagę. Widzisz, nie potrzeba być magistrem filologii polskiej z zaliczonym kursem savoir vivere'u, aby umieć się poprawnie komunikować z ludźmi. Jestem pewna, ze gdybyś poprosiła o ustąpienie ci miejsca i przesunięcie się ludzi, byś otrzymała metr kwadratowy na wózek, to wszyscy postąpili by wedle twojej prośby. Wystarczy odrobina dobrej woli, aby zrozumieć prawidła rządzące udanymi stosunkami społecznymi. Nie musisz tupać nóżką, aby ludzie cię lubili, szanowali i nie nazywali głupią pizdą. A wiesz co jest gorsze od głupich pizd? Głupie, roszczeniowe pizdy.
Założyłam na szyję zamszowy krzyżyk, do ręki wzięłam miecz, aż żar rozpalił me serce. Zaczyna się jak utwór Manowara? Mało kto wie, że zanim zostałam zdegenerowaną istotą ludzką, byłam bliska zostania paladynem, level 70. Ewentualnie magiem bitewnym.
Porzućmy jednak konwencję RPG, bo paladyni byli na przykład w Diablo, a my będziemy mówić o Bogo. Jest rok Pański dwa tysiące siódmy. Dawno, dawno temu za górami za lasami, żyje sobie dziewczyna, która mocno wierzy w dobro. Jako dobro uosabia Boga, bo tak ją wychowano. Pochodzi z bardzo wierzącej rodziny z tradycjami, której drzewo genealogiczne sięga szesnastego wieku. Jej przodkowie wychodzili "na dwór", mieli herby, rycerzy, etosy i panny ciężkich obyczajów. Jej babka i prababka nie pozwalały swoim narzeczonym całować się przed ślubem, a im nie pozwalano - dla przykładu - tańczyć ekspresyjnie i mieć własne zdanie.
Któregoś dnia ta dziewczyna zaczęła zadawać trudne pytania.
Skoro Maryja miała męża, to skąd pewność, że była zawsze dziewicą?
Tak uznajemy.
Jaki jest sens życia?
Jezus Chrystus Pan nasz Jedyny w Trójcy Jedyny.
Czy Bóg na pewno istnieje?
Tak, bo my w to wierzymy.
Dlaczego seks przedmałżeński jest grzechem?
Bo nie je się deseru przed daniem głównym (?!).
Co jeśli po śmierci nie ma nic?
Nie jest to możliwe, bo wierzymy, że jest inaczej.
Dlaczego Pius XI opowiadał się za polityką państw osi Rzym-Berlin?
Nie wiem o kim mówisz, Aniu.
Dlaczego grzeszne postępowanie Jana XII, Aleksandra VI, Stefana VI i wielu innych papieży nie zostało oficjalnie potępione przez Kościół instytucjonalny?
Rosół to zdrowy posiłek.
A inkwizycja?
Jedz, bo wystygnie!
Strasznie chciała, żeby odpowiedzi na te pytania nie brzmiały jak wyznania kogoś, kto objawia zaawansowane stadium schizofrenii - jednak na próżno. Rodzina, katecheci, księża, ich poziom argumentacji, nie był w stanie, w jej siedemnastoletnim odczuciu, sprostać wyzwaniu.
Ona czytała pismo święte jak Kodeks Karny, względnie Cywilny.
Gdy ktoś jej mówił, że światem rządzą Illuminaci, prosiła o źródło. Gdy ktoś mówił, że jest aresztowana, prosiła o paragraf. Gdy ktoś mówił, że macanie cycka przez chłopaka jest grzechem, prosiła o cytat z Biblii. Poszukiwanie prawdy okazywało się prawie zawsze niemożliwe, więc nasza bohaterka zadecydowała:
Będę studiować teologię.
Cholera, ale jestem jeszcze na to za młoda.
Wiem! Pojadę na rekolekcję.
Blair Jesus Project
Województwo małopolskie, powiat nowotarski, gmina Spytkowice. Stary autobus zatrzymuje się przy posesji domu parafialnego aka domu rekolekcyjnego. Z autobusu wychodzi młodzież od późnej podstawówki po późne liceum, a także ksiądz, kilka starszych kobiet i mężczyzn, czarownica i stara szafa. Jestem tam i ja. Narnia właśnie się rozpoczęła. Po kilku godzinach, ciepłym słowie i posiłku, okazuje się, że oto Szatan knuje i jest awaria ciepłej wody. Na szybkości następuje decyzja - nowy ośrodek szkoleniowy.
Województwo śląskie, powiat żywiecki, gmina Czernichów. Autobus nie jest w stanie dojechać na miejsce docelowe. Aby zatem się na nie dostać, należało wziąć tobołki i ruszyć pod stromą górę. Dookoła tylko lasy i góry, najbliższy sklep za pięć kilometrów, najbliższa rozsądna osoba - cholera wie gdzie. Szybko okazało się, że nie wiem czy dotarłam na obóz Jezusa czy do Blair Witch Project. Piękne okoliczności przyrody mieszały się z niepokojącym klimatem gęstych kniei.
Wnoszę rzeczy do swojego pokoju. Okazuję się, że pomieszczenie będę dzielić z kilkoma dziewczynami. Pościel pamiętała nie tylko Gierka, ale myślę, że i Tutenchamona. Nie ważne, wszystko nie ważne, bo jestem bliżej Boga niż kiedykolwiek.
Do zmroku jest całkiem zajebiście.
Znowu dostajemy jedzenie i to nawet zjadliwe, poprzedzone śpiewo-modlitwą. Nie drażni mnie jej niezbyt górnolotny tekst, bo w obliczu głodu, to pikuś. Jestem rada, że przez najbliższe 10 dni będę mogła partycypować w dojrzałej teologicznej przygodzie, która pogłębi moją wiarę i odpowie na nurtujące pytania. Po kolacji i krótkim nabożeństwie, udaje się po kosmetyczkę i przybory okołopiżamowe, by następnie udać się do łazienki.
Matka Joanna od horrorów
Rekolekcyjna formacja, w której partycypowałam, to formacja-dziecko Archidiecezji Krakowskiej. Swoją strukturą przypominała paramilitarną jednostkę. Uczestnicy dzielili się na uczestników kilku stopni "wtajemniczenia" (nieco upraszczając - każdy kolejny wyjazd, to kolejny stopień). Oprócz uczestników byli tam także animatorzy, czyli młodsi opiekunowie, omc animatorzy ("o mało co" opiekunowe, czyli opiekunkowe wannabies) oraz moderatorzy czyli oberstgruppenfuhrerzy.
Tym ostatnim była Joanna. Kilka lat starsza ode mnie dziewczyna z dwoma kucykami. Nie wiem jak to się stało, że Joanna nie została zakonnicą, a dalej siostrą przełożoną jakiegoś zakonu klauzurowego, z którego później dochodzą nas wieści ex-zakonnic o potwornym traktowaniu. No więc Joanna postanowiła pełnić tego typu posługę tylko bez sakramentu od biskupa. Mam teorię, że za bardzo lubiła oczojebne ogrodniczki i tym samym niezbyt dobrze czułaby się w czarnym, ponurym habicie, by podjąć taką decyzję.
Joanna zatrzymuje mnie na korytarzu, gdy dzierżę szczoteczkę do zębów wraz z resztą i pyta:
- A ty gdzie?!
Jak to gdzie, zapewne idę czytać Mein Kampf w lesie.
- No... Umyć się idę?
- Kąpiemy się rano.
- Ja mam zwyczaj kąpać się wieczorem - mówię i wymijam ją dalej idąc w stronę łazienki.
Joanna za pomocą pola siłowego wytworzonego dzięki specjalnym darom Ducha Świętego blokuje mnie tak, że nie mogę ruszyć dalej.
- Powiedziałam, że tutaj myjemy się rano!!!!
- Jest środek lata, jest upał, jesteśmy po podroży, ja mam okres, idę się umyć - oświadczam i idę dalej.
Za mną wytworzyła się grupka dziewczyn, które podobnie jak ja chciały zmierzać do damskiej łazienki - w ciszy obserwowały całą sytuację.
- Słuchaj - mówi Joanna - Musisz się słuchać moderatora, takie są tu zasady. Skoro ja mówię, że umyjecie się rano, to umyjecie się rano. Jest już późno, rano trzeba wcześnie wstać. Nic ci się dziewczyno nie stanie jak się jeden wieczór nie umyjesz.
- Zapłacisz mi za leki na grzybicę stóp?
- Jesteś bezczelną smarkulą!
- ...lub innych części ciała?
- MAREEEEEEEEEEK! - z początku nie wiem czy Joanna właśnie wezwała niższej klasy demona czy księdza, ale kapłan wychodzący w pośpiechu z sąsiedniego pokoju rozwiewa moje wątpliwości.
Ksiądz Marek nie był zbyt charyzmatyczną postacią. Wyglądał i zachowywał się tak, jakby przez całe życie ktoś na niego krzyczał. Tak jak na przykład Joanna. Wysłuchał jej uwag, pokiwał głową po czym przemówił:
- No więc ustaliliśmy, że ten... Eee... Że umyjecie się rano.
Dwie godziny później, nieumyta, leżę w łóżku. W pokoju jest tak ciemno, że nie widać dłoni wyciągniętej przed siebie. No tak, najbliższe latarnie są gdzieś w okolicach Góry Żar/ Za oknem słychać świerszcze. Stopy jednej z moich współlokatorek od dłuższej chwili zostawiają specjalny ślad w moim układzie sensorycznym. Zastanawiam się czy z moimi stopami jest tak samo źle. Wstaję, idę do łazienki, a co tam. Biorę upragniony prysznic.
Wychodząc z łazienki słyszę stłumione śmiechy i pobrzękujące szkło. Skradam się w stronę tych dźwięków. Po chwili zauważam, że drzwi jednego z pokojów są uchylone. W środku jest zapalone światło. Joanna, ksiądz Marek i kilka osób, których jeszcze nie poznałam chleją wódę.
Boże, daj mi siłę, proszę, daj mi siłę.
Niepokalane poczęcie
Nowy dzień, nowe możliwości. Niezrażona rewelacjami dnia poprzedniego, o jakich nie śniło się klerykom, idę razem ze wszystkimi na śniadanie. Znowu śpiew. Dzisiaj jednak poziom artystyczny utworu przekracza wszelkie możliwe oczekiwania.
Panie Jezu nasze słonko pobłogosław to jedzonko.
Panie Jezu nasze słonko dziękujemy za jedzonko.
Panie Jezu nasz kwiatuszku pobłogosław to co w brzuszku.
- Kto śpiewa, modli się podwójnie - szepcze mi do ucha jakiś gość, zauważając, że nie śpiewam, tylko robię facepalm.
Ludzie, tu najmłodsi uczestnicy mają trzynaście lat, nie trzy. Gdzie ja jestem. Gdzie jest Bóg. Co ja tu robię. Pasztet, zjem pasztet. Zjem pasztet, żeby zapomnieć.
Po śniadaniu i pierwszej z 765 mszy czy innych nabożeństw tego dnia, mamy chwilę wolnego, żeby się ogarnąć. Oto zapowiedziano nam wycieczkę w góry. Przygotowana, czekam siedząc na schodach pomiędzy piętrami ośrodka. Dosiada się do mnie kolega - animator. Zwierzam się ze swojego rozczarowania, z sytuacji poprzedniego dnia. Mówię jak to sobie wyobrażałam, czego bym oczekiwała. Pytam jak on to widzi. Nasze wizje są momentami bardziej lub mniej spójne.
Wtem pojawia się Joanna. Joanna zatrzymuje się, przygląda nam, po czym przyspiesza kroku i gdzieś znika. Minutę później Joanna wraca razem z księdzem Markiem i popycha go w naszą stronę. Ksiądz Marek mówi coś, czego najmniej mogłabym się spodziewać:
- Nie raz już takie sytuacji na rekolekcjach kończyły się ciążą. Idźcie poczekać w swoich pokojach.
Wybucham śmiechem, jednak ani Joanna, ani Xiądz, ani mój rozmówca nie śmieją się. Totalnie mnie zatkało, ale poszłam do pokoju. Pytam koleżanki od niesamowitych stóp czy uważa, że dzieci mogą się brać od rozmowy. Popatrzyła tylko na mnie dziwnie po czym wróciła do jedzenia ciastek.
Raj to gaj
Czymże byłoby łono natury, gdyby nie dane nam było w nim partycypować? Wspinamy się więc i chodzimy po lasach, po Beskidzie Małym. Od czasu do czasu śpiewamy piosenki akurat wtedy, gdy podchodzimy pod jakieś strome wejście - kto ma zadyszkę zapewne modli się potrójnie. Robimy polową mszę, a następnie udajemy się do Górę Żar, by zobaczyć wodną elektrownię i zjechać na oponie (?) po stromym wzgórzu.
W trakcie tego ubawu po pachy uświadamiam sobie, że mijają tu moje cenne godziny, a ja nie dość, że nie pogłębiam wiary, to jeszcze coraz częściej myślę, że muszę się napić, bo inaczej tu nie wytrzymam. Po jakimś czasie uświadamiam sobie także, że gdzieś zniknęli ksiądz Marek, Joanna i wcześniej wspomniany animator. Podejrzewam, że poszli go biczować czy coś w ten deseń.
Chwilę potem wraca "mój" animator. Mówi do mnie szybko po cicho "chodź" i chowamy się tak, żeby nikt nas nie widział. Z początku nie wiem czy chce sprawić, by słowa księdza Marka ze schodów stały się prorocze, ale idę, bo mam wrażenie, że coś ciekawego w końcu zaczyna się dziać.
- Słuchaj bo... Bo oni mi zabronili z tobą rozmawiać. Powiedzieli, że animatorzy nie mogą się za bardzo spoufalać z uczestnikami. W sumie to dostałem mega ochrzan. Zapytałem ich jak mam w jakikolwiek sposób głosić ewangelię, jedną z rzeczy, dla której tu jestem, skoro nie mogę rozmawiać z uczestnikami? Tego nie byli w stanie mi wyjaśnić. Ale muszę trochę przystopować jeśli dalej chce jeździć na te wyjazdy.
Joanna jednak cały czas czuwała. Zaobserwowała, że animator odciągnął mnie na bok i zaczaiła się na mnie jak przez chwilę zostałam bez towarzystwa.
- Piliście tam w krzakach?! Coś ci się w twarzy zmieniło! - Moja droga, to tylko grymas rozczarowania. - Nikt cię tu na siłę nie trzyma. - No i pierwszy raz powiedziałaś coś mądrego na tym wyjeździe.
Joanna chyba zrozumiała, że na słowne potyczki ze mną nie wygra, więc do końca dnia unikała mnie w każdy możliwy sposób. Dałam sobie jeszcze tylko jeden dzień na decyzję. Na moje być albo nie być.
Eli lama Sabachthani?
Jak dobrze wstać, skoro świt. Schodzę na śniadanie.
Pobłogosław Panie ten posiłek, który nam daje życiodajną siłę! Chrum, mniam, mniam, mniam, mniam! Chrum, mniam, mniam, mniam, mniam! Pobłogosław Panie z wysokiego nieba, hej co by na tym stole nie zabrakło chleba! Chrum (...)! Nie zabrakło chleba, nie zabrakło bryndzy, hej byśmy nie pomarli z obozowej nyndzy! (chrumanie intensifies)
- Chrumkaj! - rozkazuje im jakiś psychol. - Nie! - czuję, że nadchodzi kolejny intelektualny dialog na tym wyjeździe.
Na szczęście po uczynieniu znaku krzyża zatyka sobie buzię chlebem z dżemem. Przechodzę do konsumpcji również i w ciszy obserwuję moich towarzyszy. Dzieciaki z pobliskich wsi, dla których ten wyjazd to prawdopodobnie jedyna szansa na wakacje. Nieśmiałych nastolatków odrzuconych przez swoje grupy rówieśnicze, którymi bardzo łatwo się manipuluje. Złą do cna Joannę. Zagubionego księdza Marka. Spoglądam na kucharkę - świecką siostrę zakonną, która roznosi herbaty. Napotyka na mój wzrok i puszcza mi oczko. Odwzajemniam uśmiech.
W południe ma odbyć się niedzielna msza. Na chwilę przed nią wracamy do swoich pokojów. Rozmawiamy sobie na luzie, zastanawiamy się nad wieczornym ogniskiem, które ma się odbyć. Wtem drzwi otwiera Joanna.
- No, pokażcie się jak wyglądacie... - przygląda nam się lekarskim wzrokiem, dokładnie lustrując nas od stóp do głów. Po chwili kręci głową i oświadcza: - No nie, tak nie może być. Wyczyśćcie buty przed mszą i każda ubiera spódnice. Raz, raz! Dziwi mnie (po raz kolejny) milcząca akceptacja tego typu rozkazów, bo nagle wszystkie dziewczyny zaczynają grzebać w swoich walizkach w poszukiwaniu części garderoby w rozumieniu Joanny odpowiedniej dla kobiety, aby mogła partycypować w tajemnicy przemienienia. Wszystkie, oczywiście oprócz mnie. - Asiu, nie mam spódnicy, nie noszę spódnic w ogóle. - Jak to nie masz spódnicy?! To jak niby pokazujesz się na niedzielnej ewangelii? - Idąc do kościoła idę się przede wszystkim pomodlić. Spódnica w żaden sposób nie wpływa na moje oddanie Bogu lub jego brak. Joanna zmienia kolory na twarzy. Zdaje sobie sprawę, że właśnie ośmieszyłam ją przed grupą kilku innych osób. Z niekrytą satysfakcją obserwuje jej dalszą reakcję. - Nie wejdziesz. Na mszę. Bez spódnicy!!! - wrzeszczy tak, że pewnie byłą ją słychać w Żywcu. - Świetnie. To ja poczekam na zewnątrz. Miłej mszy dziewczęta! - mówię i idę usiąść tam, gdzie zapowiedziałam, że usiądę.
Wychodząc śpiewam moją własną wariację na temat piosenki śniadaniowej:
Pobłogosław panie to panini, aby polskie dziewczęta nie chodziły w mini!
Joanna oddalając się w przeciwnym kierunku złorzeczy, zastanawiając się co zrobić. A ja siadam na ławce, zamykam oczy, liczę do dziesięciu. Podejmuje decyzję.
- Ciocia? Cześć, zabierz mnie stąd. Ciocia miała wcześniej nakreślony plan awaryjny, o który ją poprosiłam. A ponieważ mieszkała niedaleko tego miejsca, mogła mnie zabrać i przenocować w razie potrzeby. - Będę po pracy wieczorem, ok? Zrobię nam później w domu jakąś dobrą kolację. - Super, tylko nie karz mi przed nią śpiewać. - Co? - Nic, opowiem ci potem.
Rozłączając się widzę, że ktoś za mną stoi. To koleżanka z mojego pokoju. Trzyma w ręku spódnicę. Mówi, że mogę ubrać, że pożyczyć mogę. Że czarna, więc chyba mi się spodoba. Że prosi mnie, żebym to zrobiła. Pytam czy to Joanna albo ktoś inny wysłał ją z taką prośbą. Spuszcza głowę, nie odpowiada.
Poklepuję koleżankę po plecach, przebieram się w pokoju i idziemy razem na mszę. W spódnicy czuję się źle i nieswojo. Czuję się jakbym zdradziła wszystkie swoje ideały. Jakbym strywializowała moją wiarę i sprowadziła ją do pieprzonej części garderoby. Czuję, jak wszystkie złe stereotypy na temat środowisk kościelnych sprawdzają się. Czuję rozczarowanie i zażenowanie.
Na mszy był taki moment, że można było poprosić o mikrofon i przeprosić Boga indywidualnie za co się chciało. Mikrofon wędruje z rąk do rąk, bardzo dużo osób chce za coś przeprosić. Mikrofon bierze między innymi Joanna:
- Panie Boże, przepraszam, że często jestem nieposłuszna - mówi w skandalicznie kokieteryjny sposób, po czym oddaje mikrofon księdzu, który chce kontynuować mszę dalej. - Jeszcze ja - proszę księdza, a ksiądz daje mi głos. - Panie Boże, przepraszam, że cię nie odnalazłam w miejscu, w którym powinno cię być najwięcej.
Joanna robi szczenopad, ksiądz w pośpiechu zabiera mi urządzenie, bang. It's a final countdown.
* * *
Ognisko zaczyna się rozpalać. Wyjmuję telefon z kieszeni i czytam smsa. Jego treść mnie bardzo satysfakcjonuje. - Nie używamy telefonów poza czasem wolnym, powinniście być bardziej TU (ksiądz Marek w ramach "tu" rusza głową w każdą stronę) niż TAM (ksiądz Marek wyraźnie wskazuje głową na mój telefon). - Spokojnie, proszę księdza, za godzinkę mnie już tu nie będzie.
Na pewno znasz takie kobiety. Kobiety, które wartość człowieka określają na podstawie wypadkowej butów, perfum i tego ile zarabia twój stary, twój facet, ewentualnie ty. Ewentualnie, bo często nie wiedzą, że można się samemu utrzymywać. Nie mówią sąsiadom dzień dobry, proszą w Almie o ligawę, kupują regularnie Harprer's Bazaar i serum z Estee Lauder, wiedząc jednocześnie, że to ostatnie absolutnie nic nie daje, ale fajnie mieć coś takiego na toaletce. Prowadzą rozerotyzowane rozmowy za pośrednictwem social mediów z każdym, kogo chromosomy stanowią XY. Oczywiście generalizuje. Mogą przecież zamiast ligawy kupować antrykot, mieć za męża łysiejącego przedsiębiorcę lub prowadzić sklep z oszlifowanym szkłem za grube pieniądze.
Na pewno znasz takie kobiety. Kobiety, które myślą, że są wyjątkowe.
Księżniczki z innej bajki
Szybko się spoufalają. Pragną poznać twoje marzenia, cele i przygody seksualne, aby porównać wasze żywoty i dojść do zawsze tej samej konkluzji: aby być szczęśliwym i spełnionym w życiu - musisz po prostu być nimi i wpierdalać makaroniki za 7 złotych polskich sztuka. Innej recepty w swoim hermetycznym postrzeganiu świata nie są w stanie wykonstatować, masturbując się regularnie do swojego wizerunku. Nigdy nie jesteś pewny czy chcesz taką kobietę zerżnąć czy zajebać. Fundują emocje bliskie tym, które towarzyszą przy jeździe bez biletu, podczas gdy właśnie do autobusu wsiadają kontrolerzy.
Taka właśnie była Justyna.
Nikt nie był pewny czy ją lubi, ale każdy chciał, by lubiła właśnie jego.
Któregoś dnia zaczepiła mnie, zagadała i już kilka dni później wymieniałyśmy uwagi na temat rozmiarów penisów, pijąc mohito.
W zasadzie było to u niej w domu. Zaprosiła wtedy dużo młodych, wykształconych, z wyższej klasy średniej. Kobiety sukcesu i obiecujące studentki. Młode żony, matki, córki. I nagle Justyna rzuca, że jej kochanek ma krzywe pośladki. Tak po prostu. Trochę robi się śmiesznie, trochę nie wiem co powiedzieć. Nie jestem pruderyjna, ale muszę widzieć pewną celowość w mówieniu takich rzeczy. Przy kilkunastoosobowym gronie, nawet podpitym, wyśmiewanie cech fizycznych kogoś z kim sypiasz jest jak popijanie wódki piwem. Tak się po prostu nie powinno robić dla własnego dobra.
Ale co ja tam będę pierdolić i udawać, że trzymam poziom. Śmieje się ze wszystkimi, bo taka równa ze mnie dziewczyna. Tylko czasem odwrócę wzrok, zapije myśl drinkiem, a w łazience robię mentalny facepalm. Mentalny, bo nie chce naruszyć podkładu na czole w tym zacnym gronie.
Znajomość jednak się rozwijała, bo lubię otaczać się wyrazistymi i niezrównoważonymi ludźmi. Justyna mogła imponować, bo nie była matką Polką, mimo tego, że dzieci posiadała. Była mocna nie tylko w wyśmiewaniu ludzi, ale także w innych materiach życia. Stawiała sobie i innym konkretne warunki, które później egzekwowała. W życiu trzeba mieć białe i równe zęby. Facet musi ci kupować ładną bieliznę. Kobieta nie może wracać komunikacją miejską po zmroku.
Przecież to już wszystko było. Przecież to się rozwijało w nader oczywisty sposób, jak fabuła Kevina samego w Nowym Jorku. Przecież ja to znam.
VerSucze
- Chanelki kupuje w strefie bezcłowej, bo tam taniej - wyjaśnia mi, stukając markowymi butami pod stołem, podczas gdy siedzimy w pubie. Piła piwo przez słomkę tak, że nawet mi trudno skupić się na tym o czym właśnie rozmawiamy. Choć, drogi czytelniku, na brzydką autorkę bloga nie trafiłeś, trudno sobie nie wyobrazić kto w tej scenie zgarniał wszystkie kontrowersyjne męskie spojrzenia. Zrobiło mi się niedobrze. Są takie chwile, gdy nie jesteś pewny czy biblijna przypowieść o pierwszych ludziach szła tak, jak uczyła cię mama. Bo nagle zdajesz sobie sprawę, że to one, że takie kobiety, podrzucają mężczyznom jabłka. Że to wąż był kobietą.
Któregoś dnia Justyna poznała mojego chłopaka.
Mam ostry charakterek, więc mój mężczyzna musi mieć jeszcze ostrzejszy. Gdy jeszcze w dodatku widzieliśmy się z Justyną, nikt w obrębie jednego kilometra od miejsca naszego przebywania nie musiał pieprzyć już swoich potraw. Ani żon. Dodałabym, że mieliśmy zasięg bomby jądrowej, ale poprzez specyficzną semantykę, która się tu wytworzyła, na tym poprzestanę, bo zaczyna się robić niesmacznie.
Życie toczyło się dalej, wraz z zażyłą raz bardziej, raz mniej znajomością. Któregoś dnia, wracając z skądś-tam, miałam dołączyć do zacnego grona, które dopóki do niego nie dołączyłam, stanowiło dwójkę z trojga członków tercetu atomowego. Drzwi otworzyła mi Justyna w obcisłej koszulce i samych majtkach. Obok siedział mój chłopak.
Pokiwałam głową, zaśmiałam się, wszyscy się zaśmialiśmy. Ależ to zabawne! Co ja to miałam? Ach, tak - usiąść i nalać sobie drinka. Zaczęłam sobie usprawiedliwiać, że przecież NA PEWNO nic złego nie miało miejsca. No i że ona tak może, bo to przecież Justyna. Że ona już taka jest. Że przecież tylko się przebierała. Ze to nic niestosownego, że tak zrobiła.
Jakiś czas później wróciłam do domu. A potem zrobiłam facepalm. Ręką. W czoło. Nie zważając na stan mojego podkładu.
Ta historia miała swoją kontynuację i wiele innych wątków, ale w trosce o jakość i bezpieczeństwo czytelników poprzestańmy nad tym.
My other bags are...
Kilka lat później w słoneczny poranek siedzę w ogródku restauracji przy gdańskiej promenadzie. Czekam na śniadanie: trzy pasty rybne z przyozdobieniem, pieczywem i herbatę z cytryną.
Mnie to rybka - świetna nazwa dla średniej klasy knajpy, ze średnim jedzeniem, mającej na celu wyciągnięcie od turystów podczas turnusu średnią krajową, przy średnim wkładzie personelu.
Zła kobieta. Każda z nas taką zna. Ja nawet sporo. Postanowiłam połączyć ich głowy jedną serią, stworzyć wielką, wredną hydrę. W zanadrzu mam kilka napisanych historii. Zapraszam na odcinek pierwszy, chwytaj za tarczę, chwytaj za miecz - będziemy rozprawiać się z potworem.
Jak zwykle w takich chwilach, wszystkie imiona bohaterów zostały zmienione i być może odrobinę rzeczywistość w której ich zarysuję. Być może dwie osoby połączę w jedną. Pamiętajcie, że hydra, to popierdolona kreatura. Kontekst natomiast i problem jakie stworzyli jest w pełni odwzorowany.
Idźcie po popcorn i wracajcie.
* * *
Uwiesi się w sposób nierozerwalny na ramieniu swojego chłopaka, gdy spostrzeże, że gęstość samic na metr kwadratowy przyjmuje tendencję wzrostową. Włoży rękę do tylnej kieszeni męskich spodni w supermarkecie, gdy jej towarzysz spojrzy na okładkę CKM. Zrobi awanturę, gdy zauważy, że powiedział byłej "cześć" na ulicy. Nie zrobi loda, bo chciał iść z kumplami na piwo.
Dzisiaj przyjrzymy się przypadkowi wręcz podręcznikowemu takich przypadłości
Nazwijmy go Krzysiek.
Krzysiek to był zawsze chłopak z głową na karku - wiedział czego od życia chce, kiedy tego chce i dlaczego. Konsekwentnie podejmował decyzje, które w rezultacie miały doprowadzić go do obranego sobie na początku drogi celu - własne mieszkanie, własna firma, Bentley, omdlewające kobiety. Osobnik z wszechstronnymi zainteresowaniami, inteligentny i dobrze wykształcony, modny i zadbany, dusza towarzystwa, słynął z wystawnych przyjęć, a przy tym był taki, że chciałaby się go na pierwszej randce przedstawić własnej matce i powiedzieć "mamo, nie szukam dalej". Mimo szczerej sympatii do niego, stety bądź niestety, nigdy nie przyprawiał mnie o mocniejsze bicie serca, ale to był taki typ, który może się podobać 95% populacji kobiet.
Nazwijmy ją Agatka.
Najprawdopodobniej chęć przedstawienia go mamie na ich pierwszej randce pojawiła się u Agatki. W Agatce od wielu lat kiełkowało przeświadczenie, że to mężczyzna nadaje kobiecie celowość i sens życia. Po nieszczęśliwych przejściach z połową męskiej populacji kilkunastu krakowskich osiedli, spoczęła na przedłużaniu rzęs i skracaniu swojej listy wymagań dla ojca jej przyszłych dzieci.
Psikała się Dolce & Gabbaną, ale czuć od niej było tylko zapach desperacji.
Aż któregoś dnia pojawił się ON. Na swojego walla wkleja zdjęcia sukienek ślubnych, oznaczała swojego wybranka i pytała zalotnie "podoba Ci się <3 ?" podczas gdy spotykali się raptem kilka miesięcy. Fotografie precyzyjnie przedłużonych firanek rzęs wykonanych metodą 1:1, mieszały się ze zdjęciami bobasów, pierścionków i cytatami Paula Coelho.
I można by powiedzieć, że gdzieś we wszechświecie są istoty, które mogłoby to kręcić.
Ala Agatka dodatkowo absolutnie nie była kobietą, która dotrzymywałaby Krzyśkowi kroku. Nie każdy marzy o niezależnej bizneswoman, ale naszą parę bohaterów dzieliły intelektualne lata świetlne. On przez godzinę potrafił napisać perfekcyjny biznes plan dla swojej kolejnej spółki, zapisać się na szkolenia w Dubaju i wrzucić na fejsa fajną piosenkę. Ona w tym czasie stukała paznokciami o blat stołu i przeczytała tytuł newsa na Pudelku, że Czarek z Abstrhujów oświadczył się Maffashion.
Nie ważne jednak co dzieli ludzi, a co łączy. Agatka miała ogromne cyce. Była na tyle atrakcyjna, by utrzymywać go przy sobie, niemniej nie oferowała nic, by się stać się w jego oczach i oczach innych przyjacielem stada. Kimś, kto by Krzyśka wspierał i "ciągnął w górę". Ale nie mówmy o ciągnięciu.
Nikt nie wie jak to się stało, ale Krzysiek się zakochał.
Wszelkiego rodzaju posiadówy, domówki i imprezy upływały pod znakiem spisków Agatki. Zamykanie palących dziewczyn na balkonie. Śmianie się tylko z żartów, które powiedzieli faceci. Ukrywanie papieru toaletowego w toalecie przed wizytami w tym pomieszczeniu koleżanek Krzyśka. Siadała mu na kolanach, przerywając rozmowy (najchętniej te prowadzone z kobietami, naturalnie). Była seksualnie wulgarna i infantylna. Mówiła do niego "misiaczku" przy kumplach. Polewała wódkę tylko jemu. To się nie mogło dobrze skończyć.
W końcu Krzysiek i Agatka przestali pojawiać się na imprezach. Odpisywać na zaproszenia. Stwarzać pozory. Można było obserwować ich lukrowane szczęście tylko przez okno portali społecznościowych. Powiedzieliśmy sobie - Panie, świeć nad jego duszą. I kręciliśmy melanż dalej, bez niego.
To był ciepły letni wieczór.
Wracając wieczorem z kumpelą ze spotkania, zobaczyłyśmy, że ktoś idzie w naszym kierunku. To był Krzysiek. Pijany i smutny. Nawet nie wyglądał jak siedem nieszczęść. Wyglądał jak tysiąc nieszczęść plus jedno gratis. Kupiliśmy połówkę wiśniówki i siedliśmy na ławce. Mówił, że jego życie traci sens, że nie ma w nim żadnej radości oprócz grania rano na kiblu w gierki na telefonie. Że traci wspólników w firmie, przyjaciół, wszystkich ludzi, którzy są dla niego ważni. Że nakrzyczała na niego jak gadał pół godziny z siostrą przez telefon. Że nie pozwala mu spotykać się z kumplami. Że nachalnie namawia go na ślub, co sprawia, że jeszcze bardziej chce uciec. Że kręci nosem jak chodzi do klubu składanych modeli samolotów. Że jak byli w Dubaju, to nawrzeszczała na kobietę w burce, że otarła się o niego, a później okazało się, że to był jakiś szejk. Że zabroniła mu się do nas odzywać. Że zostało mu już tylko jedno jądro...
Mówiliśmy dużo rzeczy. Mówiłyśmy o prawdziwej miłości, papierze toaletowym, ideałach i anty ideałach. Mówiliśmy o rodzajach wódki smakowej jaką można pić w parku i o niskiej stopie inflacji. Mówiliśmy o zmianach w życiu i marzeniach. Wiedziałyśmy czego jednak nie warto mówić: "wiedziałyśmy, że tak będzie". Na chuj było coś takiego mówić.
Jak się później okazało, wiśniówka oprócz właściwości upajających alkoholowo, miała też właściwości cudotwórcze. Krzysiek dostał kopa w dupę, zdaje się, że nie tylko od nas. Zerwał z Agatką. Nie obyło się bez cytatów o silnych kobietach na Facebooku, by następnie nas wszystkich zablokować. W prawdziwym życiu jednak, wszystko wróciło do normy. Biznes plany i każde inne plany. Krzysiek rozwinął skrzydła na nowo. Na każdej zorganizowanej przez niego imprezie, stał na stole pewien trunek. Chyba nie muszę pisać jaki.
Gdy w sobotni wieczór wychodziłam z klubu z zamiarem pójścia do kolejnego, uśmiech nie schodził mi z twarzy. Może dlatego, że ostatnio w klubie na imprezie byłam w pierwszej połowie XIX wieku i tym samym znacznie się odmłodziłam. Przed rzeczonym klubem stało mnóstwo ludzi, którzy podobnie jak ja czekali na taksówkę lub wyzwania jakie rzuci im jedna z ostatnich letnich nocy. Niezmąconą radość i powierzchnie rzeki płynącej nieopodal zakłóca scena jaka następuje: atrakcyjna blondynka z kręconymi włosami, na niebotycznie długich obcasach i w niebotycznie krótkiej czarnej sukience kłóci się z jakimś mężczyzną.
Zanim zdążyłam pomyśleć coś w stylu "ach, te baby" (co to są źródłem focha i zła wszelakiego), mężczyzna ów wywraca naszą bohaterkę na ziemię i ciągnie za włosy po asfalcie.
Gdyby życie w tym momencie miało ścieżkę dźwiękową, natychmiast włączyłby się coś pomiędzy soundtrackiem z Akademii Policyjnej a soundtrackiem Drużyny A. W czynie społecznym podbiegam do rzeczonego absztyfikanta i grzecznie zauważam:
- Czy ciebie do reszty popierdoliło?!
Wtem zjawiają się koło mnie akolici sprawiedliwości i tak się przekrzykujemy o tym, że "no jak to tak z kobietą można robić" i "niezależnie od tego co ona zrobiła czy powiedziała nie powinno się jej, do kurwy nędzy, ciągnąć za włosy po asfalcie".
Dżentelmen skonfundował się momentalnie i podjął ucieczkę w stronę najbliższej taksówki. Mojego pojazdu jeszcze nie było, więc korzystając z okazji podchodzę do blondynki i zadaję pytanie.
- Czy mogę ci jakoś pomóc?
Mam teraz szansę przyjrzeć jej się z bliska. Usta-pontony, twarz nieskalana myśleniem, robione piersi, ok. 35 lat. Źrenice jak pięciozłotówki zdradzają, że dziś przyjmowała coś więcej niż soczek marki Tymbark. Nie oceniaj, powtarzam sobie, nie oceniaj - jakby to, że sobie tak przyjmę sprawiało, że jestem lepszym człowiekiem.
- Ty nie wiesz kim ja jestem...
Po tej odpowiedzi, której najmniej mogłabym się spodziewać od ofiary przemocy drogowej i botoksowej, gdzieś tam puszcza jakiś hamulec. Teraz już nie wstydzę myśleć o niej jak o nieślubnym brzydkim dziecku Natalii Siwiec i Magdy Gessler.
- Słuchaj, podeszłam do ciebie żeby ci pomóc, chciałabym być miła i jeszcze przez chwilę będę. Weź taksówkę, jedź do domu, zrób sobie kąpiel, przygotuj dużo wody przy łóżku i następnym razem znajdź sobie lepszego towarzysza wieczoru.
- Pff, kobieto, ty dalej nie wiesz kim ja jestem, ha!
Podjeżdża moja taksówka. Znajomi zajęli miejsca i obserwując całą scenę, gestem zapraszają mnie do środka. Zorientowałam się, że wokół zrobiło się całkowicie cicho i wszyscy przyglądają się zaistniałej sytuacji. Wsiadając do auta, odpowiadam jej.
- Wiem kim jesteś. Jesteś pizdą.
Zamykając drzwi do auta, nie miałam okazji uchwycić tego co działo się dalej.
Z resztą... Cool girls don't look at explosions.
KTO TU NAMIESZAŁ?
Ania. Pół-człowiek, pół-opowiadanie. Ustawienie niestandardowe. Orędowniczka jedzenia sushi i tworzenia historii. Interesuje się kosmosem, militariami i grami komputerowymi. Chodzący dystans do siebie i do świata. Niemożliwym jest mnie obrazić. Wszyscy, którym się to udało, już nie żyją